Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

CwanaRyba

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 




W dorzeczu Gwdy, trzydzieści lat temu
.






 Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem spenetrowania kilku rzek pstrągowych w rejonie Lędyczka. Moją wędkarską wyobraźnie rozbudził artykuł Karola Leonowicza o medalowych pstrągach potokowych bytujących w Gwdzie oraz jej dopływach, na który natknąłem się w „Wiadomościach Wędkarskich” . Wędkarstwo muchowe uprawiałem dopiero od kilku lat, a to co mnie najbardziej w nim pociągało, to samotna wędrówka brzegiem pstrągowej rzeki, poznawanie jej, i odkrywanie nowych, nieznanych łowisk. Pod koniec czerwca pakuję plecak, mapę, oraz sprzęt i ruszam z Gdańska pekaesem. Po kilku godzinach wysiadam w maleńkim miasteczku, sprawiającym wrażenie sennej wioski. Przed mostem na Gwdzie gospoda „Turystyczna”, a może „Słoneczna… czy jakoś tak? W menu domowe obiady i smażona sielawa. Zamawiam porcję ryb i kufel beczkowego, które po długiej podróży w zatłoczonym autobusie, smakuje niczym napój bogów, a sielawa „palce lizać”. Gdy jem, z sąsiedniego stolika zagaduje do mnie jakiś podchmielony facet. Widząc wędkarza mówi coś o dużych pstrągach, które jak twierdzi,  niedawno złowił, ale mówi bełkotliwie, więc nie wszystko do mnie dociera. Na odczepnego stawiam mu piwo. Dużo później dowiedziałem się, że miałem „zaszczyt” postawić piwo człowiekowi o którym, a raczej o jego łownych, ręcznie wytwarzanych woblerach, stało się głośno w wędkarskim światku. Do wieczora jeszcze sporo czasu; postanawiam pójść prawym brzegiem w górę Gwdy. Po godzinie marszu schodzę nad wodę w miejscu przewężenia koryta. Jest parno, zbiera się na burzę. Nawet ptaki ucichły, lecz drobne pstrążki i lipieniki, tu i ówdzie  zbierają z powierzchni muszki. Przy moim brzegu, za jakąś zawadą na dnie, ujawnia się coś większego. Szybko uzbrajam Germinę i po chwili duży Red Tag napływa na stanowisko ryby. Zbiórka. Zacięcie. Siedzi. Gwałtowny odjazd na środek nurtu i efektowna przewrotka w rozbryzgach wody. Potokowiec, silny i waleczny, pod czterdzieści. Pierwszy rzut i od razu ryba, i to ładna - rzeka pięknie mnie przywitała.

 Na twarzy czuję pierwsze krople deszczu, wzmaga się wiatr. Pędzący wał czarnych chmur nie wróży nic dobrego, rozglądam się za schronieniem. Koniec łowienia -  ziemia drży od wyładowań atmosferycznych – widzę jak na skraju lasu piorun uderza w rozłożystą sosnę, odłupując jeden z konarów. Rezygnuję ze schronienia się pod drzewem. Kładę się na brzuchu w głęboką bruzdę na łące, tak będzie bezpieczniej. Pioruny uderzają z każdej strony, czuję ich energię całym sobą. Naprzeciwko mnie w bruździe przywarł do ziemi, drżąc jak osika, młody zając. Jest tak samo zestresowany jak ja. Ulewa przybiera na sile, zagłębienie wypełnia się wodą, zamieniając się w mały basen – jestem przemoczony do cna – dobrze, że jest ciepło i nie marznę w kałuży. Po pół godzinie burza przesuwa się dalej. Wyczołguję się z mojego okopu, zbieram sprzęt i ociekając wodą człapię w stronę Lędyczka. Po drodze mijam leśniczówkę nad rzeką. Zawracam, otwieram furtkę i pukam do drzwi, by zapytać o możliwość noclegu. Drzwi otwiera młoda, śliczna, opalona  dziewczyna w szortach - pod obcisłym podkoszulkiem rysują się aż nadto wyraźnie kształtne piersi. Przez chwilę nie mogę wydobyć głosu z wrażenia. Zbieram się w sobie, przedstawiam się i coś dukam o pokoju do wynajęcia na kilka dni. Bosonoga nimfa przez chwilę lustruje wzrokiem stojącego przed nią topielca i mówi, że musi spytać matkę… Matka się zgadza; mają wolny pokoik na poddaszu. Wieczorem leśniczy, pan Józef zaprasza mnie na kolację do myśliwskiego saloniku z kominkiem, pełnym książek, starych rycin oraz poroży i skór z dzików. Wręczam  gospodyni złowionego pstrąga. Na stole wędliny z dziczyzny, domowe ciasto z jagodami i karafka z nalewką, która po kwadransie bardzo ułatwia „skrócenie dystansu”. Anna – tak ma na imię ich córka – tym razem w kwiecistej sukience na ramiączkach, siada do pianina i gra utwory Chopina. Mama wychwala uzdolnioną córkę, dodając, że tydzień temu zdała egzaminy do Akademii Muzycznej w Gdańsku. Robi się późno, dorzucam kilka komplementów, chociaż na muzyce klasycznej znam się tak sobie, dziękuję za romantyczny wieczór, i nie chcąc nadużywać gościnności gospodarzy, wycofuję się do swego pokoju. Pomimo zmęczenia długo nie mogę zasnąć; przed oczami przepływają obrazy lasu, łąk, burzy i urodziwej jak pstrągowa rzeka córki gospodarzy…


 Następnego dnia rano kierowca z mleczarni podwozi mnie do mostu na Szczyrze. Niewielka, lecz pełna zakrętów, dołków i zawalisk rzeczka do południa obdarowuje mnie jedynie kilkoma niedużymi pstrągami. Po południu jest znacznie lepiej; na łąkowym odcinku natrafiam na żerujące powierzchniowo lipienie, i to duże. W krótkim czasie łowię trzy: 41, 40 i 39 cm – jestem uradowany jak dziecko na huśtawce – kilka, nie wiele mniejszych wypuszczam. Dalej, aż do ujścia rzeczki do Gwdy jedynie drobne pstrągi i lipienie. Pod wieczór, niemal w samym ujściu zapinam na mokrą muchę Mallard&Claret ładnego kabana, pstrąga potokowego, który jednak po krótkiej walce pakuje się w zatopione gałęzie i zrywa przypon. Piękny, pełen wędkarskich wrażeń dzień. Po drodze, w  gospodzie w Lędyczku do złowionych lipieni dołącza butelka wiśniówki dla leśniczego. Złowione ryby wędrują do kuchni – pani domu piecze je w maśle z kilkoma prawdziwkami. Poezja. Anna promieniuje nie tylko urodą, jest także inteligentna, oczytana, pisze wiersze o przyrodzie… i wie sporo o łowieniu ryb, także pstrągów i lipieni - rozmawiamy na werandzie niemal do północy. Po śniadaniu ląduję nad Chrząstawą, dopływem Szczyry. Rzeczka urokliwa, pełna potencjalnych stanowisk pstrąga, tylko pstrągów brak. Przez kilka godzin nie mam żadnego brania – widzę jedynie dwa nieduże szczupaki - dopiero kilkadziesiąt metrów przed Szczyrą zapinam potoka 35 cm, a chwilę później drugiego, nieco większego. W łąkach nad Szczyrą i tym razem namierzam  lipienie zbierające owady; jeden jest naprawdę duży… i kapryśny. Podaję mu kolejno kilka sprawdzonych much - widzę jak dwukrotnie podnosi się do imitacji… i wraca za warkocz falujących traw. Po chwili zaczyna ponownie intensywnie zbierać; wiążę dużego chrusta i naprowadzam na stanowisko ryby. Odrywa się majestatycznie od dna i zgarnia muchę. Zapięty w tempo schodzi kilka metrów w dół i wyskakuje nad powierzchnię. Jest piękny, z imponującym wachlarzem płetwy grzbietowej. Po kilku minutach obejmuję dłońmi jego chłodne ciało, uwalniam z haczyka, całuję w pyszczek i wkładam delikatnie do wody - jest zbyt piękny aby go zjeść. Kolejnego dnia wyprawiam się na Dobrzycę, uprzedzając gospodarzy, że mogę wrócić dopiero nazajutrz. Jadę autobusem na Wałcz i wysiadam w miejscu gdzie szosa przecina górny bieg rzeki.

 Dobrzyca zachwyca mnie swą niemal dziewiczą dzikością nieskorygowaną przez człowieka i wieloma podmokłymi, bagnistymi odcinkami, utrudniającymi podejście do koryta – nie widzę śladów by ktokolwiek tu łowił. Kilkakrotnie bagno zasysa moje wodery, taplam się w błocie, z trudem się wygrzebuję. Staram się omijać skrajem lasu takie miejsca, lecz nie zawsze się to udaje. W słoneczne południe padam jak ścięty na trawę; kilka kilometrów w trudnym terenie kosztowało mnie sporo wysiłku i zaledwie dwa wymiarowe pstrążki. Gdzie są te wielkie? Pewnie są, tyle że lipiec nie jest najlepszym okresem na pstrągi, ponadto nie znam rzeki, więc „płacę frycowe”. Powinienem tu być miesiąc wcześnie, podczas rójki jętki majowej. Może za rok?... Po dłuższym odpoczynku i posileniu się bułką oraz konserwą „Śledź po Gdańsku”, które popijam wodą z małego strumyka, ruszam dalej. Kładę muchy w co ciekawszych miejscach, przy zawaliskach drzew, zakolach i w bystrzejszych rynnach; zdobyczą są jedynie pstrągowe niewymiarki.

 Wieczorem, czując w nogach nabite kilometry, dochodzę, a w zasadzie dowlekam się do wsi Tarnowo. Ostatni autobus do cywilizacji odjechał cztery godziny temu – trzeba się rozejrzeć za noclegiem. Pukam do drzwi domku na ścianie którego wisi tabliczka z napisem „Sołtys”. Dwoje sędziwych ludzi nie odmawia gościny – sołtysem jest ich syn. Gdy się dowiadują skąd i po co przybywam, nie mogą się nadziwić: „A to się panu opłacało?”. Po chwili gospodyni rozpala pod kuchnią i smaży dla mnie jajecznicę z dziesięciu jaj; „Bo pan pewnie głodny”. Do tego kubek mleka i wielka pajda chleba z własnego wypieku. Jedząc, spełniam ich życzenie i opowiadam jak wygląda morze, bo starsi ludzie nigdy nad nim nie byli. Przy stole opadają mi powieki ze zmęczenia, ale wraca ich syn, wyciąga z kredensu butelkę bimbru i stawia na stole, lecz mnie stać jedynie na dwa kieliszki. Po kolacji wskazują mi łóżko w pokoju gościnnym: wielka poducha i pierzyna pachnące krochmalem, dywan przykryty folią żeby się nie zniszczył, oraz obwieszona mrugającymi lampkami metrowa figura Matki Boskiej w rogu. Lampki nie przeszkadzają, zasypiam natychmiast.

 Rano na moim talerzu zjawia się półkilogramowa porcja twarogu i śliwkowe powidła. Dziękuję, chcę za wszystko zapłacić, lecz staruszkowie nie chcą słyszeć o przyjęciu pieniędzy: „Tak ciekawie opowiadał pan o morzu”. Sołtys mówi, że pracuje w pobliskiej hodowli pstrągów tęczowych i radzi mi abym łowił na odcinku poniżej bo:  „Dużo rybów ucieka, a najlepszy jest czerwony robak. Można nakopać przy gnojówce za oborą”. Miał chłop rację co do uciekinierów. Schodzę nad wodę i rzucam kosmatego Palmera w pierwsze głębsze zakole. Mucha przemierza dwa, trzy metry i w wodzie kocioł - gruby tęczak szaleje w szaleńczych odjazdach i przewrotach. Rzeka z nawiązką wynagradza mi wczorajszy dzień; do południa zapinam jedenaście pstrągów tęczowych, wszystkie w granicacach  35- 45 cm, a co najmniej tyle samo spada podczas holu – cztery ryby zabieram, będą na pożegnalną kolację z przemiłymi gospodarzami leśniczówki.


 Tuż przed połączeniem Dobrzycy z Piławą doławiam jeszcze potokowca ponad 40 cm i syty wędkarskich wrażeń, pospiesznie zwijam sprzęt by zdążyć na ostatni autobus. Przez dwa dni nie spotkałem nad rzeką żadnego wędkarza. Na ostatni dzień pobytu zostawiam sobie Czarną, niedużą, lecz pełną dołków i zakrętów, mocno zakrzaczoną rzeczkę pstrągową, która również uchodzi do Gwdy w Lędyczku. Na Gwdzie jakoś nie mam ochoty łowić ze względu na mało przezroczystą, zieloną wodę, którą niesie z Jeziora Wielimie. W Czarnej sporo pstrągów, głównie około wymiaru, chociaż spod zatopionego pnia wystrzelił do muchy jeden okazał, skasował imitację, zawinął się i wrócił pod pień… i tyle go widziałem. Wieczorem, po kolacji długo rozmawiamy o pokręconych losach naszych rodzin w czasie wojny, o aktualnej sytuacji politycznej, a także o myślistwie i wędkarstwie. Anna ponownie zasiada do pianina i gra standardy znane z amerykańskich filmów. Na tej muzyce znam się dużo lepiej, bo niektóre z tych filmów widziałem. Patrzę na tych ludzi z podziwem i wielką sympatią, chociażby z tego powodu jak wychowali córkę oraz za wspaniałą atmosferę w ich gościnnym domu „z dala od szosy”. Chętnie bym tu został na dłużej… niestety krótki urlop dobiegł końca. Przy pożegnaniu nieco dłużej przytrzymuję dłoń Anny i zapraszam ją na lody w Gdańsku, gdy rozpocznie naukę w Akademii Muzycznej. Uśmiecha się życzliwie, nie odmawia.


Tekst i rysunki Robert Tracz

 

                

 

Jesteś tutaj: Powrót Wędkarstwo muchowe W dorzeczu Gwdy, trzydzieści lat temu